„Kiedyś to było”, czyli jak wyglądało Boże Narodzenie w PRL-u?

Już w niedzielę wielu z nas usiądzie do wigilijnego stołu przy akompaniamencie rodzinnych rozmów: „czy masz już jakiegoś kawalera?”, „kiedy ślub?” oraz „czy nałożyć jeszcze sałatkę?”. Wśród pytań przebijają się też wspominki świąteczne wujka lub dziadka. „Kiedyś to było!” – westchną przy stole. Właśnie – jak to właściwie kiedyś było? Szczególnie w czasach PRL-u? Lepiej czy może gorzej?

„Kiedyś to było”, czyli jak wyglądało Boże Narodzenie w PRL-u

Porównywanie pensji z czasów PRL-u do obecnej będzie najlepszym punktem wyjścia, aby pokazać, że poziom życia różnił się wtedy znacznie. Jeśli przyjmiemy, że średnia krajowa to obecnie 4600 złotych, to w 1989 roku wynosiła ona około… 500 złotych. Następnym krokiem niech będzie porównanie cen produktów.

Dzisiaj Polak za całą swoją pensję może kupić ponad 250 kilogramów kiełbasy (właśnie ten produkt uczyńmy najważniejszym bywalcem stołu bożonarodzeniowego), która kosztuje około 15 złotych za kilogram. W czasach PRL-u natomiast cała pensja wystarczyłaby na co najwyżej 15 kilogramów polskiego, podwawelskiego przysmaku (biorąc pod uwagę ówczesną cenę kiełbasy). O ile, oczywiście, można było go zdobyć, bo każdemu Polakowi przysługiwało co najwyżej 2,5 kilograma mięsa na kartki. Jak więc radzono sobie z organizacją Wigilii? Przede wszystkim – drużynowo.

Co kto może

- Banany, pomarańcze, mandarynki? Wolne żarty… Co najwyżej można było o tym poczytać w prasie albo zobaczyć na zdjęciach. Jako dziecko nawet wyobrażałam sobie Święta za granicą jako ucztę złożoną z samych egzotycznych owoców, a nie kapusty i śladowej ilości mięsa. Nawet jeśli można było dostać dobrej jakości słodycze albo owoce, brakowało na to pieniędzy – opowiada moja mama, gdy zapytałem ją, jak wspomina Święta z dzieciństwa.

Dodaje jednak szybko, że wtedy miała nieco inną perspektywę, bo rodzice starali się, jak mogli, żeby Boże Narodzenie było wypełnione przysmakami oraz radością. Najważniejszą zasadą było więc „co kto może”. Ciocia upiekła ciasto (zazwyczaj bywał to makowiec), babcia zasoliła śledzie, jej siostra przyniosła sałatkę, a tato i wujek kupowali alkohol.

Wieś pomaga

Zdecydowanie lepiej było mieszkać wtedy na wsi. W latach 80. średni czas, jaki spędzało się w kolejce do sklepu, to 40 minut, natomiast na wsiach już na początku grudnia rozpoczynały się wielkie świniobicia i nikt kolejkami do sklepu się nie przejmował. To chłopi ratowali wtedy Boże Narodzenie, a rodziny wiejskie – swoich wielkomiejskich krewnych.

Dobrze było mieć wtedy rodzinę na wsi. Kiedy w Lublinie brakowało mięsa, rodzina z prowincji podawała nam je świeżo po uboju świń. Jeśli dorzucili jeszcze cebulę, marynowane grzybki i nabiał, to można już było myśleć o Świętach na bogato – wspomina Krystyna, 75-letnia, emerytowana nauczycielka.

 

Kalkulator kredytowy – czego się z niego dowiesz?

Kalkulator kredytowy – czego się z niego dowiesz?

Każdy przyszły kredytobiorca staje przed pytaniem: jaką mam szansę na kredyt i jaką ratę miesięczną będę spłacał, jeśli go dostanę? W takiej sytuacji można skorzystać z pomocy naszego kalkulatora kredytowego. W tym artykule odpowiadamy na pytanie, do czego jest przydatny.

 

Polacy w miastach już na kilka dni przed Wigilią dwoili się i troili, żeby zdobyć chociaż część podstawowych produktów do potraw świątecznych. Dużym ułatwieniem było posiadanie krewnych pracujących za granicą, którzy - kompletując wysyłane do Polski paczki - starali się dodać nieco „luksusu” do tego, co miało trafić na nasze stoły. Krystyna najbardziej lubiła mandarynki, które trafiały w paczce wraz z ubraniami podawanymi przez ciocię z Austrii. 

Prezenty pod choinkę od… Gwiazdora albo Dziadka Mroza

Święty Mikołaj, jako postać wprost ze świata zgniłego Zachodu, nie był pożądanym przez komunistyczne władze gościem. Co innego Gwiazdor albo Dziadek Mróz, choć byli zdecydowanie biedniejsi, niż amerykański wesołek w czerwonym stroju.

Na konsolę albo karnet na siłownię nie miałbyś co, kochaniutki, liczyć. Za komuny dawało się prezenty świąteczne bardziej po to, żeby podtrzymać relację z bliskimi. Czapki, buty, skarpety, ewentualnie jakieś drobnostki z Pewexu za kilka dolarów. Choć najmilej wspominam projektor na klisze z bajkami, który dostałam jakoś w połowie lat 70. Ponoć kosztował tatę znaczną cześć pensji – wspomina mama.

Po chwili jednak przypomina sobie, że przecież właśnie pod choinką znalazła w latach 80. swoje pierwsze jeansy Levi’sa i to one do dzisiaj są jej ulubionym prezentem otrzymanym na Święta.

- U nas w domu dawało się drobnostki, czyli co kto mógł. Jeśli były pieniądze i „możliwość”, dawało się zabawki, a jeśli nie, to coś symbolicznego, własnoręcznie wykonaną biżuterię, niemiecką czekoladę czy pomarańcze, czasami jedną – wyjaśnia Krystyna i dodaje ze stuprocentowym przekonaniem. – Nie pamiętam sytuacji, żeby ktoś w czasie Świąt nie cieszył się z tych drobiazgów. Dobry prezent to prezent od serca, a najlepsze Święta to te z najbliższymi, bo o to w tym wszystkim chodzi i na szczęście niewiele się w naszej rodzinie pod tym względem zmieniło.

Zapisz się na newsletter!

IcoButtonRightArrow double-arrow-top close arrow-down fb twitter link gplus gplus white linkedin linkedin white Search Arrow-left Arrow-right Camera Chat Edit Finai-logo---pie Pencil Picture Pictures Quotation